Posted by: doodge | sierpień 12, 2008

Telefon na szczycie

[Drrrrryń]

- Mr. President, President Polski dzwoni.

- Polski? Powiedz mu, że mam już dość tych głupich propozycji występu w reklamach.

- Mr. President, Polska to taki kraj. To nasz sojusznik, you know. Wysyłają wojska wszędzie tam, gdzie wskażemy palcem i nawet nic nie chcą w zamian. Ostatnio coś tylko z tą tarczą marudzą.

- Aaaa. Poland, to ci, co z Irakiem sąsiadują? Coś mi świta. Przyjmowałem chyba nawet tego ich Presidenta w White House.

- Yes, Mr. President. Zamienił Pan z nim kilka słów w korytarzu.

- No OK. Łącz go.

- Haaalllo? George? Ja dzwoniem, żeby powiedzieć, że ja pojadem, ja, ja, ja! Mogem, mogem, mogem?

- OK, my big friend. Tylko spokojnie. Gdzie chcesz jechać?

- No jak to gdzie? Z misją do Gruzji, ehm, u Was to Georgia się nazywa chyba. Mogem, mogem, mogem?

- Do Georgii? A wizę masz, my friend?

- Ależ tam Rosja czołgi posyła. Ja muszem pomóc. Ja z misją. Mogem, mogem, mogem?

- A jedź, skoro chcesz. Jedzie ktoś z Tobą?

- Oczywiście, przywódcy największych Państw w regionie: Litwa, Łotwa, Estonia, a nawet Ukraina.

- My big friend, Ty to masz odwagę. Dobrze, że zawsze w takim pośpiechu na te Rosyjskie czołgi się rzucasz. Dzięki temu ja nie muszę nic robić i się z tym całym Putinem kłócić. On podobno niebezpieczny jest. No i… łapę na kurkach z gazem trzyma. Nawet Bill mówił, że z nim to lepiej nie zaczynać. Have a nice trip, my friend.

Po tych słowach odłożył słuchawkę.

- Condi, cóż ten wesoły człowieczek znów sobie ubzdurał? Mówił coś o jakichś rosyjskich czołgach? Że niby Georgię atakują…

- Mr. President. Nie ważne, tylko musi Pan być dla niego trochę milszy, bo kiedyś się w końcu kapną, że te F-16, które od nas kupili, to na złom miały iść.

- Nevermind. Wracam do łóżka. Czy Wy musicie rozdawać ten numer komu popadnie? A na przyszłość powiedz im, że jestem chwilowo zajęty i spław ich.

- Of course, Mr. President.

PS. Wybaczcie oczywiste podobieństwo formy do wpisów Fraglesi, ale w tym przypadku to chyba jedyny sposób.

PS2. Nie zrozumcie mnie źle. Oczywiście w Gruzji dzieją się niedobre rzeczy, ale nie ma czegoś takiego, jak dobra i zła strona wojny (a już na pewno nie w tym przypadku). Jeśli jednak nadal się Wam wydaje, że wszystko w tym konflikcie jest czarno-białe, to poczytajcie troszkę o historii Gruzji, oraz o tym, jakie wątpliwości budziły ostatnie wybory prezydenckie w tymże kraju i jak do tych wątpliwości podszedł Zachód.

Wykop ten wpis

Posted by: doodge | lipiec 25, 2008

Dużo gadania, a każdy sobie…

Muszę przyznać, iż popełniłem wczoraj dość spory błąd i zdecydowałem się przejrzeć, co działo się na Wiejskiej. Początkowo wydawało się to całkiem dobrym pomysłem - szczególnie, że nasze kochane posły debatowały o “wszechobecnej drożyźnie” i sposobach na walkę z tym zjawiskiem. Niestety wnioski z tej debaty są raczej i smutne i bynajmniej nie dlatego, że na wzrost cen nie ma mocnych.

Powodem tego smutku są wybrańcy społeczeństwa. W trakcie dyskusji każdy potrafił przelać z kartki (gdzie zapewne znajduje się przemówienie jego autorstwa ;-) ) mnóstwo zdań o tym, jak to w Polsce jest źle, drogo i ubogo. Mogliśmy się dowiedzieć, że 2,5 mln Polaków żyje w skrajnym ubóstwie, że nie jesteśmy w stanie spłacać kredytów, które braliśmy kierując się reklamą (i nie próbując nawet czytać umowy, którą podpisujemy), że część z nas jest bogata, a część nie, itd.

Po wysłuchaniu paru minut przemówienia każdego z mówców miałem ochotę krzyknąć mu do ucha “no i?”. Posłowie chyba telepatycznie czuli moją potrzebę i próbowali przejść do wniosków i podsumowań. Niestety każdy z nich potrafił jedynie wskazać paluchem w kierunku innej partii.

No i fajnie. Rzeczywiście możemy sobie tak “paplać” i obwiniać na konkurencję polityczną. Tylko do czego to doprowadzi? Czy to cokolwiek zmieni? PiS, który wczoraj kreował się na wielkich obrońców biednych (i uciśnionych - chciałoby się dodać) przez dwa lata nie zrobił nic, aby poprawić sytuację polskiej gospodarki, a wręcz jej zaszkodził. Dzisiejszy zastój jest bowiem po części spowodowany brakiem rąk do pracy, co powoduje, że firmy muszą płacić olbrzymie pensje swoim pracownikom. I wszystko byłoby pięknie (bo któż z nas nie chciałby dużo zarabiać), gdyby wzrost pensji był skorelowany ze wzrostem wydajności. Niestety tak się nie dzieje. Znaczy to tyle, że firma musi płacić pracownikom dwa razy więcej, ale jednocześnie sprzedaje tyle samo usług, co wcześniej. Ponieważ jednak musi jakoś zarobić na pensje pracowników, jedynym rozwiązaniem jest zmiana cen sprzedawanych produktów. Przypomnijmy, że to PiS cieszył się ze spadku bezrobocia (nie zwracając uwagi na to, że głównym powodem jest emigracja). Kolejną przyczyną tego zjawiska są zbyt wysokie zasiłki dla bezrobotnych w stosunku do pensji średniej i minimalnej.

Dodatkowo ten sam PiS steruje Prezydentem, który znów postanowił kogoś/coś “zatopić”. Tym razem celem stały się spółki skarbu państwa, a pociskiem ustawa kominowa. Oczywiście społeczeństwo polskie nie lubi tych, którzy zarabiają dużo. Niestety tak to już jest, że jeśli ktoś zarządza olbrzymią firmą, to bierze na siebie olbrzymią odpowiedzialność, a tym samym powinien być kompetentny. Jeśli do tego firma ta się rozwija i ma spore przychody, to spora pensja jest dobrą motywacją. I teraz wyobraźmy sobie, że stajemy przed takim wyborem: możemy zarządzać spółką skarbu państwa za X PLN lub podobną spółką prywatną, za 10X, 5X, 2X PLN (sami wybierzcie). Którą ofertę pracy wybierzecie? Tak też myślałem. To teraz sami zastanówcie się, kto w takim razie przyjmie posadę w spółce skarbu państwa. Czy aby na pewno będą to w pełni kompetentni menedżerowie?

A skoro już o Prezydencie mowa. Skoro tak bardzo leży Mu na sercu dobro Polaków, to czemu zapowiedział z góry, że będzie wetował, co się tylko da? Dlaczego PiS nie próbuje nawet dyskutować z rządem i koalicją? Dlaczego nie proponuje swoich rozwiązań? To samo zresztą dotyczy SLD.

Bardzo ciekawa wydała mi się także wypowiedź prezesa NBP, który chce (ponoć) współpracować z rządem w celu obniżania inflacji. Miło z jego strony. Dlaczego jednak nie słyszałem o żadnych rozmowach między nim a przedstawicielem rządu? Co więcej, dlaczego prezes, wsadzony na stanowisko przez PiS, nie ma poparcia nawet tejże partii (i nic nie wskazuje na to, aby próbował je uzyskać)?

I w ten sposób można by jeszcze długo, ale wniosek z tej sytuacji jest jeden i niestety jest smutny. Wczorajsza debata wykazała, że nikomu (w tym PO) za bardzo nie zależy na jakichkolwiek zmianach. Wszyscy myślą jedynie o tym, co ładnie zabrzmi, co dobrze zostanie przyjęte przez społeczeństwo i co najlepiej podbije słupki w najbliższym sondażu. A smutne jest to dlatego, że większość zmian, które trzeba wykonać, są dość niepopularne (bo jak wytłumaczyć Kowalskiemu, że im później przejdzie na emeryturę, tym lepiej, że zasiłek dla bezrobotnych powinien być niższy, itd…)

Wykop ten wpis

Posted by: doodge | lipiec 23, 2008

Kolejny głos rozsądku

Rafała Ziemkiewicza uważam za człowieka dość inteligentnego, dlatego zawsze dziwiły mnie nieco wyciągane przez niego wnioski. Dziś jednak przeczytałem krótki artykuł, któremu nie sposób nie przyklasnąć. Polecam lekturę wszystkim (a w szczególności moim ulubionym eko-fanatykom - ciekawe, czy zdoła wywołać u Was choć chwilkę refleksji).

Posted by: doodge | lipiec 15, 2008

Cieszmy się, że benzyna drożeje…?

OK. Cena paliw jaka jest, każdy widzi. Wiemy, że odbija się ona na cenach innych towarów, bo przecież większość procesów produkcyjnych ma jakiś związek z transportem. Większość z nas zdaje sobie także sprawę z tego, że wysokie ceny paliw mają wpływ na rozwój gospodarki. Czy jednak aby na pewno taka sytuacja ma tylko negatywne skutki?

Otóż jestem przekonany, że nie. Pierwszym, najbardziej widocznym skutkiem, jest to, że odkurzyliśmy swoje rowery (przynajmniej w pewnym dużym mieście na Dolnym Śląsku tak się stało). Niestety nie mam na poparcie tej tezy żadnych statystyk. Nie jestem także w stanie udowodnić, że stało się to właśnie za sprawą podwyżek cen paliw. Jednak na ulicach rowerów jest więcej, niż o tej samej porze w zeszłym roku.

Kolejnym pozytywnym skutkiem mogłoby być przekonanie Polaków do transportu publicznego. Mogłoby, gdyż w Polsce nadal do tego rodzaju komunikacji podchodzimy w dziwny sposób i nie próbujemy traktować jej jako produktu, który można (i należy) sprzedawać. Kiedy ostatnio widzieliście reklamę miejskich autobusów, tramwajów? A przecież to jest usługa jak każda inna, a do tego staje się ostatnio coraz atrakcyjniejsza. Dlaczego zatem przekonujemy Kowalskiego, że proszek z “inteligentnymi molekułami” sam wypierze brudne ubrania, a przy okazji wybieli nasze zęby, a nie próbujemy ani trochę zmienić jego podejścia do komunikacji zbiorowej?

Wysokie ceny paliw powinny także zmusić polityków do zastanowienia się nad źródłami dostaw wszelkich surowców energetycznych do naszego kraju. Do tej pory każdy rząd miał taki punkt w swoim programie, ale zawsze kończyło się bez jakichkolwiek rozwiązań. Nie zapominajmy, że w USA, po sporych podwyżkach, na stacji benzynowej płaci się około $4 za… galon (czyli około 3.79 litra), co dowodzi, że się da.

Warto byłoby także przemyśleć ogólną polityką energetyczną. Czy chcemy się uniezależniać od ropy? Na rzecz czego? Węgla? Gazu? Jaką mamy gwarancję, że te surowce nie podrożeją (no jasne, nimi nie spekuluje się tak fajnie, jak ropą)?

Może nadszedł już czas, żeby poważnie zastanowić się nad energią atomową. I nie mam tu na myśli paplaniny ekologicznych fanatyków (nie mylić z ekologami), lecz poważnej, merytorycznej dyskusji, rozważenia wszelkich “za” i “przeciw”, a przede wszystkim kampanii informacyjnej, mającej na celu przybliżenie tych tematów społeczeństwu. Bo dopóki przeciętny Kowalski będzie uważał, że od elektrowni atomowych wyrastają 2 głowy, a elektrownie węglowe są przyjazne dla środowiska, nie uda się nam osiągnąć nic sensownego… W tym temacie warto byłoby także mieć na uwadze fakt, że już w tej chwili rezerwy energetyczne naszego kraju są bardzo niewielkie (podczas upałów na początku lipca rezerwa energetyki mocy sięgała zaledwie 300-400 MW).

Ostatecznie, tak wysokie ceny ropy mogłyby być bodźcem do odkurzenia starych pomysłów alternatywnych źródeł energii, które do tej pory wydawały się nieopłacalne…

Czy zatem powinniśmy (wszyscy, a nie tylko Ci, którzy trochę jej zakupili) się cieszyć z wzrostów cen ropy? Raczej nie, widać jednak, że nawet z tego, może wynikać sporo dobrego, o ile tylko przestaniemy narzekać, że jest drogo i zaczniemy się zastanawiać, jak sobie z tym poradzić…

Wykop ten wpis

PS. Mam nadzieję, że “r”, autor komentarza pod poprzednim postem na temat benzyny, który do powiedzenia miał niewiele, a i tak udało mu się wrzucić kilka inwektyw, czuje się teraz usatysfakcjonowany.

Posted by: doodge | lipiec 13, 2008

Plus dla Prezydenta

O śmierci prof. Geremka informować nie muszę, gdyż trąbią o tym wszystkie media. O tym, że jest to wielka strata także nie muszę pisać, gdyż większość z Was doskonale to rozumie. Tym, którzy czasem tu zaglądają nie muszę także mówić, że L. Kaczyński moim ulubionym prezydentem nie jest.

A jednak muszę przyznać, że Prezydent przebywający obecnie we Francji, na wiadomość o tej przykrej dla Polski śmierci zareagował w bardzo odpowiedni sposób. Szkoda, że Prezydent tak rzadko potrafi wznieść się nad zwykłe, przyziemne, międzypartyjne spory…

Posted by: doodge | lipiec 8, 2008

Cena benzyny a umiejętność logicznego myślenia

photo by greefus groinksMogłoby się wydawać, że cena benzyny w żaden sposób nie jest powiązana z umiejętnością myślenia, obserwowania otoczenia i wyciągania logicznych wniosków. Tymczasem ostatnie miesiące pokazują, że taki związek najwyraźniej istnieje, a co więcej - ma on bardzo niepokojące skutki.

Wszyscy zapewne zauważyliśmy (i odczuliśmy dotkliwie), że benzyna dość znacznie podrożała. W znacznej mierze spowodowane jest to drożejącą ropą. I w tym w sumie nie ma nic dziwnego - ropy wszak jest coraz mniej, a dodatkowo sytuacja gospodarki na całym świecie może zachęcać do inwestowania w surowce (co dodatkowo podbija cenę, jaką trzeba zapłacić za baryłkę).

Ponieważ większość społeczeństwa (jak się może wydawać po ostatnich wypowiedziach, także część polityków i ekonomistów) o handlu surowcami i typowych zjawiskach giełdowych wie niewiele, bardzo szybko przypomniano sobie, że przecież znaczna część ceny benzyny na stacji benzynowej to… różnej maści podatki. Do tej pory wszystko było logiczne, teraz drogi Czytelniku zacznie się magia nielogiczności najbardziej zawiłych zakamarków ludzkiego umysłu.

Pojawiły się bowiem propozycje, aby obniżyć podatki (głównie akcyzę). Pomysł może się wydawać prosty jak drut. I tu mam pomysł na ciekawe zadanie na maturę z matematyki (która powinna być obowiązkowa).

Litr benzyny kosztuje 5pln, z czego 2,5pln to podatki. Ile będzie kosztował litr benzyny, gdy państwo postanowi ulżyć obywatelom i obniży podatki do 1pln?

Czy już wiesz, jaka jest odpowiedź? Jesteś pewien? Sprawdźmy zatem, czy dostałbyś za to zadanie punkty. Poprawna odpowiedź brzmi oczywiście: Litr benzyny będzie kosztował 5pln.

Teraz pewnie Twój umysł głośno krzyczy “DLACZEGO?”. Spróbuj go uciszyć i zmusić do zadania pytania: a dlaczego niby cena miałaby ulec zmianie? Każdy z nas widział przecież w sklepie spożywczym produkty z wielkim, czerwonym napisem “0,99″ na opakowaniu. A co się okazywało w kasie? Cóż więc się stanie, gdy podatki zostaną obniżone? Gdzie zniknie 1,5pln? Bardzo szybko rozejdzie się po kieszeniach producentów i pośredników w handlu paliwami, natomiast w budżecie państwa pojawi się spora luka.

Oczywiście można by to inaczej zorganizować. Pewna firma produkująca aparaty fotograficzne zauważyła, że ciężko jest zmusić sprzedawców do obniżenia ceny. Dlatego też wprowadziła program CashBack. Sprzedaje towar dystrybutorom w tej samej cenie, zatem także cena aparatów w sklepach nie ulega zmianie (żaden sklep nie odważy się podnieść ceny). Natomiast konsument po zakupie aparatu wysyła dowód transakcji do centrali producenta, a kilka miesięcy później otrzymuje zwrot części zapłaconej kwoty. Obawiam się jednak, że w przypadku benzyny to nie ma prawa wypalić, ze względu na skalę. Stworzenie mechanizmu, który śledziłby zakupy i decydował o zwrotach kosztowałoby pewnie znacznie więcej niż zwracane kwoty. A do tego trzeba przecież dodać jeszcze polską pomysłowość. Zaraz znaleźliby się specjaliści, którzy umieliby dostać zwrot, nie kupując ani litra benzyny. Wystarczyłoby się pewnie dogadać ze stacją benzynową, żeby wystawiła odpowiednie paragony, itd., itp…

W ten sam sposób można pozbyć się pomysłów, aby rolnicy nie płacili podatków od benzyny. Zresztą widząc tych rolników, chyba nikt nie ma wątpliwości, że wcale nie chodzi o to, aby się taniej tankowało, lecz o to, ile da się zarobić, na handlu taką nieopodatkowaną benzyną “na boku”. Większość z nas pamięta przecież, jak funkcjonowały taksówki, gdy benzyna była na kartki oraz co się dzieje z olejem opałowym, gdy jest on znacznie tańszy niż olej napędowy.

Zaczęły się także pojawiać jeszcze ciekawsze głosy ludzi, którzy dopiero teraz odkryli, co oznacza fakt, że podatek jest naliczany procentowo. Dotarło do nich, że gdy rośnie cena produktu, rośnie także kwota podatku. Informacja ta tak ich oburzyła, że postanowili dopytywać się, czy aby tego typu praktyki są konstytucyjne… Oczywiście głosy te pojawiają się tylko w internecie, gdzie można je opublikować i się pod nimi nie podpisać. Czyżby zatem ich autorzy zdawali sobie sprawę z tego, że są to wnioski/pytania nie do końca przemyślane?

Ciekawe jest, że na tego typu myślenie zdecydowała się spora część społeczeństwa. O ile nie dziwię się ludziom, którzy nie mają czasu na rozmyślanie i “kupują” wszystko, co dziennikarzom ślina na język przyniesie (co w dzisiejszych czasach zalewu informacji wydaje się bardzo popularną strategią), to zaskakuje mnie, że złapali się na to także ludzie zajmujący się gospodarką, ekonomią, itd (np. portal money.pl, który zaczął zbierać podpisy pod apelem o obniżenie akcyzy). A przecież z wysokiej ceny benzyny może wynikać wiele dobrego, ale o tym kiedy indziej…
Wykop ten wpis

Posted by: doodge | lipiec 6, 2008

Światła niezgody - rok później

Nieco ponad rok temu zostaliśmy zmuszeni do jazdy z włączonymi światłami mijania przez cały rok. Pisałem wtedy, że pomysł ten jest prawie dobry - wystarczyło bowiem nakaz ten ograniczyć do obszarów niezabudowanych.

Pamiętam, że posłowie PiSu (między innymi) bardzo głośno starali się wtedy wszystkich przekonać, że

  • przepis ten na pewno zwiększy bezpieczeństwo,
  • jazda z włączonymi światłami prawie nic nas nie kosztuje.

Na specjalnej konferencji, poseł PiS, Krzysztof Tchórzewski mówił:

Dane z roku obowiązywania ustawy wskazują, że koszty społeczne wprowadzenia nakazu jazdy na światłach są znaczne - to jest ponad 650 mln złotych rocznie. Spalamy dodatkowo ropy za prawie 300 mln dolarów, emitujemy więcej o ponad 400 tysięcy ton CO2 do atmosfery. Żarówki paliwo, to wszystko powoduje że rocznie przeciętny kierowca wydaje 150-200 złotych więcej.

Posłowie PiS sięgnęli także po statystyki, aby pokazać, że przepis ten wcale nie poprawia bezpieczeństwa. Niestety aby wywnioskować coś ze statystyk trzeba je najpierw zrozumieć. A to już dziennikarzom (a tym bardziej politykom) może sprawiać nie lada trudności.

Gdy zajrzymy do statystyk rzeczywiście zauważymy, że liczba wypadków w roku 2007 jest większa niż w 2006. Łatwo się jednak domyślić, że po części wynika to z faktu, że i samochodów na polskich drogach przybyło, a i zima w tym roku była bardziej “śnieżna” i “lodowa” niż w roku poprzednim.

Jeśli jednak na podstawie statystyk chcemy ocenić przydatność jazdy na światłach, to chyba warto porównać liczby wypadków w miesiącach, w których wcześniej świateł nie włączaliśmy. I tu okazuje się, że włączone światła robią swoje (1% mniej wypadków, 20% mniej potrąceń rowerzystów i 10% mniej potrąceń pieszych). Spadła też liczba zderzeń czołowych (łatwo się domyślić, że to głównie na te zderzenia mogą mieć wpływ włączone światła).

Czy zatem “świecimy bez sensu”? Moim zdaniem tylko w obszarze zabudowanym - jeśli ktoś nie widzi samochodu jadącego z prędkością 50km/h w mieście, to żadne światła na tym samochodzie nie pomogą - ów osobnik najpewniej jest niewidomy, tudzież patrzy w innym kierunku. Natomiast poza terenem zabudowanym światła zwiększają bezpieczeństwo (o czym zresztą kierowców przekonywać nie trzeba, gdyż większość jeszcze przed wprowadzeniem ustawy “na trasie” poruszała się na światłach).

A posłom, dziennikarzom i innym komentatorom zalecałbym, aby przed ogłaszaniem swoich rewelacji, spróbowali najpierw zrozumieć źródła, na które się powołują. Nie jest to przecież pierwszy przypadek błędnie wyciąganych wniosków.

Posted by: doodge | lipiec 3, 2008

I znów wielki sukces Anny F.

Oj wiele się działo w czasie mej blogowej nieobecności. Niestety o większości z tych rzeczy nie chcę ani pisać, ani nawet wspominać.

Dlatego dziś krótko, gdyż właśnie przeczytałem, iż (według strony amerykańskiej) negocjacje w sprawie tarczy antyrakietowej w Polsce dobiegły końca. Polska strona nie do końca to potwierdza, ale w tej sprawie wypowiadają się jedynie przedstawiciele rządu. A przecież PiS, widząc nieudolność rządowych negocjatorów, postanowił pomóc i wysłał do USA naszą tajną broń, prawdopodobnie najlepszego negocjatora na świecie ;-) Ciekawe, czy ktoś pamięta jeszcze poprzedni wielki sukces tej Pani. A na deser filmik:

Posted by: doodge | maj 12, 2008

Blogowy urlop

Ze względu na sporą liczbę zajęć niezwiązanych z tym blogiem, a jednocześnie (niewygodna prawda) nieco od niego ważniejszych, ogłaszam blogowy urlop. Wrócę najprawdopodobniej pod koniec czerwca. Mam nadzieję, iż wtedy będę już mógł zaprezentować skutki wytężonej pracy.

Jednym z mniej przyjemnych obowiązków większości z nas jest płacenie rachunków. Nieprzyjemność tej czynności wynika nie tylko z faktu, że oddajemy komuś nasze ciężko zarobione pieniądze. Drugą przyczyną jest zapewne to, że musimy o dokonaniu tych płatności pamiętać. Czy zdarzyło się Wam zapomnieć o zapłaceniu rachunków? A może macie czasem myśli “zapłaciłem czy nie zapłaciłem już w tym miesiącu?”. Oczywiście w pewnym sensie lekarstwem na te problemy są polecenia zapłaty. Tylko czy aby na pewno chcecie, aby bank wykonywał przelewy z Waszego konta bez Waszej wiedzy? Ja z różnych powodów za takim układem nie przepadam. Jak zatem radzę sobie z płaceniem rachunków, jednocześnie nie zaprzątając sobie głowy myśleniem o nich?

Rozwiązanie jest bardzo proste i wdrożenie go w życie trwa od kilku do kilkunastu minut. Otóż nie muszę pamiętać o rachunkach, ponieważ coś przypomina mi o nich. Przypomina wtedy, kiedy należy je zapłacić. A tym czymś jest Google Calendar.

Jak to wszystko działa?

Stworzyłem sobie osobny kalendarz o nazwie płatności. Następnie dodałem do niego wszystkie płatności, które muszę wykonać w danym miesiącu i ustawiłem te zdarzenia jako powtarzalne (znaczną część rachunków płacimy co miesiąc). Oczywiście gdybym na tym skończył, to kalendarz ten nie byłby jeszcze zbyt pomocny, gdyż nadal musiałbym go sprawdzać, a tym samym musiałbym o nim pamiętać.

Tu z pomocą przychodzi bardzo przydatna funkcja Google’owego kalendarza - powiadomienia (w tej chwili za pomocą e-maili lub SMSów). Ponieważ korzystam z internetowego banku i przelewy wykonuję korzystając z komputera podłączonego do internetu, zupełnie logiczne wydaje się skorzystanie z przypomnień wysyłanych pocztą elektroniczną.

W ten sposób nie muszę pamiętać o rachunkach - przypominają mi o sobie same wtedy, kiedy powinienem je zapłacić. Przypomnienie o danej płatności trzymam w skrzynce odbiorczej do momentu, gdy jej nie wykonam. W ten sposób pozbyłem się niepewności, czy zapłaciłem, czy nie.

Kolejną zaletą jest to, że przelewy wykonywane są wtedy, kiedy muszą, a tym samym pieniądze pracują maksymalnie długo na mnie.
Wykop ten wpis

Starsze wpisy »

Kategorie